Apetycik.pl
      
nowości 


kontakt 



 

Są Mistrzowie Polskich Nalewek

Konwent Mistrzów Nalewek w Kazimierzu

Wiśniówka najlepsza w Galicji

Kresowa Akademia Smaku
Pamięć 

Fot. Archiwum   
Pamięć: Amelia Semadeni

Przyjechali ze Szwajcarii w czasach, gdy nikt nie wierzył w tuczące kalorie. Zajmowali się anielską stroną kuchni czyli cukiernictwem.




Byli pionierami marketingu – potrafili wydać pocztówkę z widokiem swojej cukierni i sprzedać lokal wraz z marką. Bo Semadeni to była marka.To była – jakbyśmy dziś powiedzieli międzynarodowa korporacja mająca sieć zakładów produkcyjnych oraz cukierni. Wszystkie o podobnym asortymencie ciast i tortów oraz wystroju lokali. W cukierniach Semadenich słuchano... tych samych walców. Dziś byśmy powiedzieli że to były miejsca kultowe i trendy. Bo tylko w miejscu cool mogła migdałowe babeczki jadać Helena Modrzejewska. Lubelskie dwie, a później jedna, cukiernie to była część rodzinnego biznesu o najwyższej reputacji.

Semadeni to była przede wszystkim rodzina

Pochodzili z Poschiavo, dużej wówczas wsi na stokach Alp, niedaleko od włoskiej granicy. Protoplastą cukierniczego rodu jaki założyli w Polsce zaczynając od Warszawy był Kacper Semadeni. Kacper w 1827 roku otworzył na Nowym Świecie u zbiegu ze Świętokrzyską pierwszy z licznych swoich lokali. Jego siedmiu synów rozjechało się od Płocka i Łomży aż po Odessę i Kijów. Lublin też był na ich szlaku. Trafił tu Andrzej Semadeni, który w 1836 roku przy Królewskiej 2 otworzył swój zakład. Jego syn a wnuk Kacpra – też Kacper miał wówczas pięć lat. To o­n właśnie zrobił ojcu konkurencję otwierając wraz z bratem Aleksandrem cukiernię Semadeniego w odnowionej i podwyższonej po pożarze kamienicy przy Krakowskim Przedmieściu 27. Przylegająca do Hotelu Europejskiego budowla była idealną lokalizacją w śródmieściu. By ułatwić gościom jedzącym ciastka i pijącym „napoje krajowe i zagraniczne” obserwację życia na głównej ulicy wybudowano na paryską modłę okazałą werandę. W sumie na werandzie i wewnątrz goście mogli siedzieć przy ponad setce stolików o marmurowych blatach. Lokal był charakterystycznym miejscem łatwym do znalezienia dla przybyszów. Stefan Żeromski we wspomnieniach pisał o tym jak musiał po przyjeździe do Lublina umówiony z kimś „czekać u Semadeniego pod werandą”.

Szwajcarska precyzja

Dotyczyła w tej firmie zarówno przestrzegania receptur jak i szkolenia personelu. To Semadeni ojciec-założyciel czyli dziadek Kacpra i Aleksandra wymyślił specjalne fartuchy w których chodzili kelnerzy i sprzedawcy w cukierni. Ich nowatorstwo polegało na... braku kieszeni. Dzięki temu personel nie nabierał złego nawyku trzymania w nich rąk. Do zasad firmy należało to, że co dwa tygodnie na koszt szefa przychodził fryzjer i dbał o fryzury sprzedawców i kelnerów. Oprócz nienagannej higieny obowiązywały ich także zdolności manualne. Słynne patery gerydonny na których trzeba było z chirurgiczną precyzją kilkoma warstwami układać pomadki gerydonnowe o kremowo-likierowym nadzieniu. Pomadki były dekorowane upieczonymi z masy migdałowej „loczkami” i kawałkami ananasa. Na dodatek układać pomadki, herbatniki i babeczki trzeba było wynalezionymi przez Semadenich szczypcami, które jako pierwsi wprowadzili do swoich cukierni. Jeśli dziś w jakiejś ciastkarni sprzedawca wrzuci nam do torby francuskie poduszeczki lub gniazdko szczypcami – to zrobi to dzięki pomysłowości Semadenich. Ciężkie życie mieli uczniowie stołecznego ojca-założyciela , ale i umiejętności zdobywali przednie. Oprócz własnych synów wyedukował...samego Bliklego.

Lekki cień uśmiechu

Ciepłe spojrzenie migdałowych oczu spod ronda kapelusza. Lekki cień uśmiechu? Tak z portretu patrzy Amelia Matylda Georginia ze Schmitów Semadeni. Ostatnia z rodu wielkich cukierników, żona ostatniego Semadeniego – Andrzeja Teodora, najmłodszego syna Andrzeja. Mieszkała nad cukiernią w narożnym domu na rogu Staszica i Krakowskiego Przedmieścia. To o­na w 1916 roku, już jako wdowa, sprzedała kawiarnię, laboratorium cukiernicze i firmowe tajemnice wraz z nazwa i znakiem firmowym lubelskiemu cukiernikowi Ignacemu Domańskiemu zachowując prawo do mieszkania. Korzystała z niego aż trudno uwierzyć do 1946 roku gdy cukiernia Semadenich po prostu przestała istnieć przyjmując nazwę „Miniaturka” by ulec upaństwowieniu. Namiastką miała być otwarta w jej miejscu „Regionalna”. Ale gdzie tam socrealistycznej galaretce z bitą śmietaną podanej przez dziewczę w regionalnym pasiastym stroju do szwajcarskich smakowitości serwowanych przez kelnerów na marmurowe stoliki.

Spadkobiercy Ignacego Domańskiego, który w czasach Andrzeja Semadeniego miał cukiernię przy Narutowicza odzyskali kamienicę i wśród rodzinnych pamiątek przechowują strzępy wiedzy o szwajcarskich poprzednikach. – Babcia opowiadała o pani Amelii jako o osobie niezwykłego charakteru. Nigdy nie zmieniła obywatelstwa i jako Szwajcarka znająca świetnie niemiecki i francuski w czasie II wojny ratowała ludzi z łapanek i więzień. To była niezwykła osoba – opowiada prawnuczka cukiernika spoglądając na damę w kapeluszu. Ostatnią pamiątką jest pocztówka z krokusami. Przysłała ją Amelia Matylda Georginia Halinie Domańskiej ze Szwajcarii. Trafiła tam do domu dla starszych osób. Pod wypisanymi piórem, ozdobnym pismem, życzeniami jest data 21 stycznia 1949. Adresatka zrobiła na karcie dopisek: śp. Amelia zmarła 7 lutego 1949.

Przepisy mistrza Semadeniego przepadły podobnie jak pamięć o jego zniewalających migdałowych ciasteczkach, kandyzowanych owocach i tortach, piramidach, fantazjach. Ostatnimi którzy mogli z zeszytu szwajcarskich cukierników przepisach ingrediencje na mazagran czy kremy byli finkcjonariusze UBP. W 1947 roku, tuż przed zamknięciem cukierni ją dokładnie zrewidowali. Zagraniczne frykasy i zgniło kapitalistyczne fanaberie kulinarne zostały zapewne zakwalifikowane jako wróg ludu. – Może gdzieś jeszcze w jakimś magazynie leżą – mają nadzieje prawnuki Ignacego Domańskiego, dla których zeszyt z przepisami Semadeniego z którego korzystał pradziadek to po prostu rodzinna pamiątka.

Na cmentarzu przy Lipowej, w jego starej ewangelickiej części stoi okazały grobowiec rodziny Semadenich. Jeden z Andrzejów podobno zmarł w Szwajcarii, ale w testamencie zaznaczył: pochowajcie mnie w Lublinie. Testament wykonano.

Kochana Rytuniu

Kochana moja najdroższa Rytuniu. Nie mogę dzisiaj przyjść do Ciebie. Krawcowa nie przyniosła mi palta – pisała 11 października 1936 roku do ośmioletniej córeczki przyjaciół Amelia Matylda Georginia Semadeni. Wdowa po ostatnim z wielkich szwajcarskich cukierników.

– Pamiętam, jak „Madam” przyszła pożegnać się z nami. Bardzo płakała. Mocno, mnie wtedy przytuliła i powiedziała: patrz, patrz na mnie, bo już mnie nigdy nie zobaczysz – napisała do mnie pani Ryta Załuska. Jej list był reakcją na zamieszczoną Magazynie Dziennika Wschodniego opowieść o rodzinie Semadenich i ich przedwojennych cukierniach. – Jak zobaczyłam w gazecie ten jej uśmiech na portrecie, który tak doskonale pamiętam z dzieciństwa – to nie mogłam się oprzeć i napisałam – uśmiecha się pani Ryta, która przez kilka lat mieszkała w domu przy ulicy Staszica, a jej rodzice przyjaźnili się z Amelia Semadeni.

Flakonik na perfumy

– Kiedy w 1915 a może w 1916 roku jej mąż Andrzej wyjechał do Szwajcarii i tam zachorował i zmarł, została tu całkiem sama. Bardzo się z moją rodziną zżyła. Pamiętam jak przychodziła do nas spędzać Wigilie i święta wielkanocne. Po bombardowaniach przychodziła sprawdzić jak przeżyliśmy – opowiada pani Ryta i wyjmuje niewielki kobaltowy flakonik na perfumy oraz liścik urodzinowy, który w 1936 toku dostała od „Madam” wraz z laleczką.

Laleczka przepadła, kartonik z życzeniami został. Podobnie jak niewielkie fotografie. Na jednym ze zdjęć poważna dziewczynka z dużą kokardą we włosach stoi między dwoma paniami i chłopcem. – To moja mama i brat, a to Amelia Semadeni i ja – odszyfrowuje postacie na tle domu przy Krakowskim Przedmieściu, koło wejścia do ogrodu Saskiego.

Szuflada pełna skarbów

Dzięki bliskiemu sąsiedztwu pani Załuska często bywała w mieszkaniu „Madam”. – Pamiętam zapach starych mebli, ich układ w pokoju. I wielki portret, ten sam, który był w gazecie. Na podłodze w salonie leżała niedźwiedzia skóra. Na meblach była masa bibelotów, które mi się bardzo podobały i ogromne lustro. Sypiała chyba na kanapie, może otomanie przykrytej kolorowym kilimem. Był tam też stoliczek na giętych nóżkach, który miał szufladę.

Gdy przychodziłam z mamą pani Amelia mnie tam sadzała, wyciągała szufladę i pozwalała wszystkim się bawić. Ten emaliowany flakonik to jeden z takich szufladowych skarbów – wspomina. – Cukiernie z werandą też pamiętam i państwa Domańskich, którym „Madam”, po śmierci męża sprzedała całą firmę. Jestem wielką wielbicielką słodyczy i ciast, a nie mam pojęcia jak smakowały ich ciasta i co ja u Semadenich jadałam. Nie wiem czy „Madam” lubiła słodycze Semadenich. Wiem, że dom prowadziła jej gosposia Antosia – uśmiecha się dobra znajoma Amelii Matyldy Georginii Semadeni.

Smak marcepanów

– Ja za słodyczami nie przepadam, może dlatego do dziś pamiętam niewielkie prostokątne ciastka z wielu warstw cienkiego ciasta, pokryte na górze polewą błyszczącą i kruchą jak lód. Ta polewa przyklejała się do podniebienia i to było okropne – śmieje się pan Andrzej Szacmejer, którego ciotka Sabina i wujek Feliks Jankowski byli zaprzyjaźnieni z Andrzejem Semadeni. Po jego śmierci rodzina nadal utrzymywała kontakty z panią Amelia. – Bardziej mi się podobały ich piramidy z marcepanu – dodaje.

Pan Feliks do redakcji przyniósł stosik fotografii, na których Amelia Matylda pozuje w stroju kąpielowym na tle namalowanego na kotarze morza i siedzi na prawdziwej ławce z prawdziwym psem. – To są zdjęcia z Odessy. o­ni tam też mieli swoje cukiernie i Amelia jeździła do rodziny – wyjaśnia.

I Pan Tadeusz

I jeszcze wyciąga z teczki oprawny w ciemną okładkę tom. To egzemplarz „Pana Tadeusza” z podpisem właściciela książki. Ozdobnym pismem na górze karty poprzedzającej stronę tytułową napisano „Andrzej Semadeni”. – Pani Amelia przed wyjazdem zostawiła rodzicom książkę. – Co się stało z meblami i resztą jej rzeczy nie wiem. Ubecy ją w końcu tak zmęczyli, że zdecydowała się na wyjazd. Wie pani co to musiało być: koniec lat 40. i obcokrajowiec w Polsce? Pani Amelia miała szwajcarskie obywatelstwo, była cudzoziemką zza żelaznej kurtyny. A w czasie wojny tylu ludziom pomogła. Właśnie jako obywatelka neutralnego państwa. Ściągała ze Szwajcarii leki. W czasie łapanek wyciągała ludzi. Znała świetnie niemiecki. W ogóle mówiła z lekkim akcentem. Sam ją pamiętam jak przez mgłę. Wysoka, szczupła, energiczna. Chyba miała ciemno rude włosy – zastanawia się pan Andrzej. W dłoni trzyma niewielki dzwoneczek, taki jakie szwajcarskie owce nosiły na pastwiskach. – Ten jest ozdobny, nawet resztki kolorowego obrazka na nim zostały – uśmiecha się. – Dostałem go w czasie jednej z wizyt w domu u pani Amelii, żebym się bawił i dał dorosłym porozmawiać.

Pan Andrzej też zapamiętał w mieszkaniu bibeloty i to, że było urządzone ciężkimi, starodawnymi meblami.

Wspomnienia, wspomnienia

Do dnia dzisiejszego zachowałam ciepłe, przyjazne wspomnienia, o tej niezwykłej kobiecie – napisała w liście do redakcji pani Ryta Załuska.

Zarówno pani Ryta jak i pan Andrzej byli za mali, by wiedzieć, co takiego się stało, że szwajcarski cukiernik z żoną zachorowali na Lublin. Do naszego miasta ich przodków przywiodły interesy. Andrzej Semadeni kontynuował tradycje dziadka. Ale dlaczego Szwajcar wydawał kartki pocztowe poświęcone Lublinowi i czytał Pana Tadeusza”? W rok po śmierci Andrzeja Amelia sprowadziła ze Szwajcarii jego prochy, by zgodnie z wolą męża pochować go w Lublinie.

Dlaczego, tak bardzo płakała wyjeżdżając z Lublina, w którym od trzydziestu lat mieszkała sama? Co sprawiło, że ta postawna, elegancka kobieta, zawsze w kapeluszu i nienagannie ubrana nie chciała opuszczać naszego miasta? W grobowcu na Lipowej przygotowała także miejsce dla siebie. Ale jeszcze w czasie pobytu Amelii w Lublinie pochowano tam jakąś daleką kuzynkę. Rodzina miała jej szczątki z grobowca Semadenich zabrać. Nigdy tego nie zrobiła.

Amelia Matylda Georginia Semadeni wyjechała z Lublina w 1946 lub 1947 roku. Po 40 dniach kwarantanny w obozie przejściowym.

Agnieszka Dybek


Cukiernie w Lublinie roku 1901
Za Ilustrowanym Przewodnikiem po Lublinie Marii Ronikerowej: Semadeniego Krakowskie Przedmieście, Rutkowskiego tamże, Rutkowskiego tamże w gmachu Kasy Przemysłowców, Kulszy w Rynku, Obałkowskiego Królewska (dawniej Semadeniego), Strzegockiego sprzedaż cukrów Warszawskich, Krakowskie Przedmieście i inne. W tym czasie w naszym mieście było 81 zakładów produkcyjnych, działało 7 aptek, 9 hoteli i zajazdów, 6 księgarń. Mieszkało 57 tys. 237 osób.



wstecz



reklama 




















linki 

APETYCIK.PL - PYSZNE STRONY ŻYCIA
© 2003 Waldemar Sulisz
hosting & powered by prot - Profesjonalne Technologie